
| umywalka blog |
| księga
gości 2011 wrzesień luty styczeń 2010 październik sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2009 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2008 grudzień październik czerwiec kwiecień marzec styczeń 2007 grudzień listopad październik sierpień lipiec czerwiec kwiecień luty styczeń 2006 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec kwiecień marzec luty styczeń 2005 listopad październik wrzesień sierpień lipiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2004 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2003 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2002 grudzień listopad październik wrzesień sierpień Tagi 20 lat nowej polski w reportażach artur domosławski babcia benzyna biblioteka car lazar chorwacki clobederm czarne daewoo nexia dentysta dąbrowa górnicza filmy flonidan gazeta wyborcza gossip green-up gregory house grey's anatomy herbapol intuition jacek hugo-bader jeff buckley kaszuby katowice koncert konrad kucz kraków książki książę lazar kult lao che magisterka mariusz szczygieł mirosław bańko muzyka odchudzam się off festival ortodonta podróż ze zwierzętami domowymi pojeeb poradnia pwn psychoterapia remont rosja rover 200 ryszard kapuściński sieroctwa oli sz. silesia spięty sprzątanie sylwester tadeusz sobolewski uj učimo hrvatski! warszawa zero zima ślub święta |
03/2011 Magister o mało co Gdybym mogła pisać z głowy, bez podpierania się nikim, tak jak ja to pojmuję, moja praca miałaby z 10 stron. Liczone razem ze stroną tytułową, spisem treści i bibliografią. Z (góra) pięcioma przypisami. Tymczasem mott mam 2 strony, a bibliografia samych pozycji książkowych (bez internetowych) to 3 strony. I właśnie utknęłam. Chciałam posklejać zawartość I rozdziału (teoretycznego) i się zgubiłam. Nie pokrywa mi się to z planem, konspektem, wizją. Przestałam ogarniać. Patrzę na „nowy dokument programu Word” i nie wiem, w którą stronę ruszyć. Jutro lub pojutrze powinnam zawieźć do Krakowa ten I rozdział. Liczyć na łaskawość pani promotor, że zechce przeczytać (miałam być w lutym, jest koniec września...), a potem podziękować za uwagi, spytać, czy to, co oddałam, jest wystarczające do zaliczenia jednego semestru (bo przecież nie obu!), podziękować za 2 (3) lata i wyjść, a w sekretariacie dowiedzieć się, jak wygląda procedura, gdy – powiedzmy – za rok albo pięć wymyślę, że jednak chcę, stać mnie itd. Malutkim pocieszeniem jest Szczygieł (i paru innych bez dyplomu, ba!, bez matury, a z sukcesem): „(...) dyplom magisterski dostałem po... szesnastu latach (1985-2001) studiów z różnymi przerwami i perypetiami”*, ale niesmak i gorycz porażki pozostają. Oczywiście nie dyplom świadczy o moich umiejętnościach. Tudzież nie przesądza o szczęściu czy prestiżu zdobytego z takim mozołem tytułu. Bo co to za prestiż w czasach, gdy tytuł ten może mieć człowiek o inteligencji kury. Ale mimo wszystko. Tylko dlatego że mam problem z wyrażaniem myśli i z ogarnięciem nadmiaru wiedzy posiadłej, posiadanej, a moje drugie imię to prokrastynacja. *Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich – cykl „Rozmowa dnia”, 31 VII 2011, http://www.sdp.pl/mariusz-szczygiel-wywiad-reportaz-rozmowa-dnia-wieslaw-luka (dostęp: 31 VII 2011). Tagi: kraków, magisterka, uj, mariusz szczygieł umywalka 2011-09-27 03:05:12 skomentuj (6) 02/2011 Przejażdżka po Rosji Andrzej Wróblewski, Marek Z., Przejażdżka po Rosji, wyd. II, Zysk i S-ka, Poznań 2010. Po kilku dniach pisania, uwsteczniłam się, powróciłam do starych nawyków – czytania kolejnych książek, które mają mi pomóc, a tak naprawdę tylko oddalają od pisania. Gdyby jakiemuś psychiatrze/-ologowi się nudziło, może się zastanawiać nad tym faktem. Ja czytam dalej. Po rozczarowaniu Reitschusterem, z pewną obawą sięgałam po Wróblewskiego. Obawą, że będzie to kolejna relacja-obrazek z podróży, z wyższością człowieka Zachodu, bez czegoś głębszego. I mimo że takie rzeczy łatwo i szybko, a często nawet przyjemnie, się czyta, to zaczynałam podzielać zdanie Wilka z Wilczego notesu (nt. Imperium Kapuścińskiego, a co dopiero takich Reitschusterów). Zacznijmy jednak od „szaty graficznej. Okładka OK (choć tyłka nie urywa), skrzydełka (lubimy), a potem ZAPACH! Zniewalający. Mój fetysz. Dalej trzy czerwone kartki. I zdjęcia! Z-D-J-Ę-C-I-A. Jacka Pałkiewicza i Dymitra Miłowanowa. Bajkowe! Dużo. Piękne. I jeszcze w rogach stron takie... hm, jak to nazwać?... prostokąty z wzorkiem ludowym. Ukraszenie takie. Gdyby treść okazała się licha, napawałabym się zdjęciami i zapachem. Na szczęście, nie okazała się licha. Naprawdę, dawno (nigdy?) nie widziałam tak ładnie wydanej książki. Co do treści... Marek Z., właściciel jednoosobowej firmy handlowej, robiącej w latach 90. biznesy w Rosji, opowiedział swoje doświadczenia, a Andrzej Wróblewski je spisał. Całość rzetelna, z dużym humorem, wiernie oddająca klimat Rosji, Rosjan, ich mentalności, kultury biznesu i w ogóle życia. Jedyna wada tej piękności to za wąskie marginesy wewnętrzne, przez co książka (zbyt) łatwo się zamyka. Ale przyjazne czytelnikowi marginesy w kraju nad Wisłą to rzadkość, coś, co wciąż jest miłym zaskoczeniem, rozpieszczaniem, nie bądźmy więc zbyt roszczeniowi. Gdzieś w ponad połowie, przy pierwszym zdjęciu GUM-u, naszło mnie na wspominki i z pomocą matki zaczęłam dochodzić, w którym to też roku byliśmy w Moskwie. Ten przykład wyraźnie pokazał, jak słuszne jest moje prowadzenie wszelakiej dokumentacji, zapisywanie w kalendarzu, na blogu. Pamięć jest ulotna, a tak, przynajmniej mam jakieś podstawy, które w 9/10* przypadków uruchamiają lawinę skojarzeń. Usiłując poznać ten nieszczęsny rok: - przeprowadziłam wywiady (ja – od czasu wyjazdu w 1993 r. nie byłam w Rosji!, matka – 1993, brat – po wyjeździe w 1992 r. nie byłem z rodziną w Rosji, , ojciec – skacze po latach), - przejrzałam wszystkie zdjęcia z Moskwy, z nadzieją znalezienia choć na jednym jakiegoś podpisu (nic!) albo wskazówki na samym zdjęciu (też nic, nie te czasy, gdy po np. kampaniach reklamowych można poznać datę; jedyna reklama to zegar westów red), - potem zaczęło się kopanie w dokumentach, pamiątkach, pamięci – która to była podróż, gdy pół Dzieci z Bullerbyn przeczytałam, zamiast spać; kiedy wyjazd się opóźnił, bo przechodziliśmy z bratem ospę (w tym celu wykopałam nawet książeczkę zdrowia – muszę poprosić lekarkę o odszyfrowanie); kiedy pojechaliśmy przed końcem roku szkolnego; pomocny okazał się zeszyt przychodów i rozchodów prowadzony przez babcię i dziadka pod nieobecność rodziców (na jego postawie można stwierdzić, że rzeczywiście, jak mówi matka, w 1993 r. też byliśmy w Magnitogorsku); ostatnią deską ratunku (i kiedyś z niej skorzystam, wbrew sumieniu i wpojonym naukom) były listy ojca do matki. To też pole do popisu i zadanie na przyszłość – ogarnąć „komodę pamięci”. Bo o ile moje wspomnienia zamknięte są w pudełku z etykietką „Listy, zdjęcia i inne sentymenta”, o tyle komoda z czterema szufladami listów, pocztówek, zapisków, zdjęć, pamiątek itd. jest stajnią Augiasza. Z którą, zdaje się, poza mną nikt nic nie zrobi. Wtorek minął więc na wspominaniu. Wspaniałe uczucie, gdy ja mam w głowie jakiś obraz, opowiadam go matce, a ona wie o czym myślę, podaje nazwy, podpowiada kolejne tropy. Muszę to jakoś ogarnąć, spisać podstawy (przy okazji Moskwy okazało się, że o tym, kiedy byliśmy na Krymie, w Soczi czy Samarkandzie też nie pamiętamy. Jedyne, co pewne, to ojca wyjazd, matki wyjazd, nasz przyjazd, brata wyjazd, mój wyjazd, wycieczka do Irkucka, zakup psa), a przy nadarzającej się okazji, skonfrontować to ze wspomnieniami reszty rodziny. Dopisek: Czwartek i piątek też. Szukanie tropów, lektura listów (rodzice – dziadkowie) i w końcu tworzenie kalendarium w wersji basic. Jeśli rodzina się nie wykaże, może Nasza Klasa wreszcie się do czegoś przyda, może znajomi stamtąd będą coś więcej pamiętać. A w wolnych chwilach karmię się zdjęciami Varandelja. *Robiąc spis książek przeczytanych, ze zdziwieniem odkryłam, że w 2006 (ponoć) przeczytałam Wspomnienia z domu umarłych. Od sierpnia ta książka za mną chodzi, ciągle mi gdzieś wyskakuje, w domu jej nie mam, a że nie jest mi do pracy niezbędna, to ją przekładam „na później”. A tu mi kalendarz mówi, że już to czytałam. Ani tego faktu nie pamiętam, ani nie wiem skąd miałam (chyba tylko dr S. mógł pożyczyć), ani nic... Tagi: książki, rosja, magisterka, andrzej wróblewski, przejażdżka po rosji, magnitogorsk umywalka 2011-02-05 20:41:41 skomentuj (0) 01/2011 Głową o mur Kremla Triepaszkin, Litwinienko, Politkowska, Czeczenia... Niby o wszystkim tym słyszałam/czytałam w prasie na bieżąco, niby wiem, ale gdy czytam o tym u Kurczab-Redlich, wstrząsa niczym lektura Innego świata. To nie jest „moja” Rosja! Chcę jakiejś „pociesznej” lektury, „milusiego” obrazu Rosji. Z ich specyfiką, łapówkami, specyficznym podejściem do wielu spraw, ale bez opisu okrucieństw, tortur, wojen wszczynanych, podgrzewanych, FSB. Rosji Jelcyna (też nieświęty), jaką znam, a nie Rosji Putina, która zatrważa. Życzenie (rozpieszczonego) bachora, wiem, ale tylko to może ocalić mój raj utraconego dzieciństwa, który właśnie zaczyna upadać... Nie, nie, nie! Do kompletu obejrzę Bunt. Sprawa Litwinienki. [A w wolnej chwili poprawię Archipelagiem GUŁag i Wielką czystką Weissberga-Cybulskiego, jeśli kiedykolwiek go dostanę]. How clever of me. Tagi: książki, rosja, magisterka, krystyna kurczab-redlich umywalka 2011-01-09 20:00:46 skomentuj (0) 37/2010 Malinowski, ty c***u! Skończyłam! Nieszczęsne dzienniki nieszczęsnego Malinowskiego (idem, Dziennik w ścisłym znaczeniu tego wyrazu, wstęp i oprac. G. Kubica, wyd. II, Kraków 2007). Co to był za koszmar! Ale po kolei. Oczywiście rzecz dot. magisterki (równie nieszczęsnej). Bo nie chcę (jeszcze?) robić kopy pasty, więc się silę na kartezjańskie „nie wierz na słowo, sam sprawdź” (jeśli studia w Poznaniu czegoś mnie nauczyły, to właśnie tego – do nóżek dr Izabeli L. padam). I właśnie na fali tego sprawdzania, wymyśliłam, że „se czytnę” dzienniki Bronka. Bo i Kapuściński w Lapidarium VI o nich wspomina, i promotorka w słowach do mnie skierowanych też coś mówiła o jego widzeniu antropologii/humanistyki (metoda obserwacji uczestniczącej, wejście w opisywany świat bla bla). Zupełnie jakby nie można było się oprzeć na notatkach z roku ubiegłego z przedmiotu pt. Elementy antropologii kultury. Nie, trza było sobie dołożyć roboty. Typowe, prawda. Na Nemezis, jaki to był błąd! Kolubryna (ze spisami, bibliografiami i resztą „inwentarza”) ma 791 stron, waży ze trzy kilo. Pożyczyłam w sierpniu, zaczęłam we wrześniu, dwa razy przedłużałam termin oddania, w międzyczasie przeczytałam siedem innych książek, a w okolicach setnej strony darowałam sobie czytanie słowo po słowie. Na rzecz przelatywania „mądrości” Bronia tylko wzrokiem, skupiając się na przypisach Grażyny Kubicy, które, jeśli przyciągały uwagę, powodowały powrót do tekstu głównego. Najlepsze i najtreściwsze z tego wszystkiego były wprowadzenia/streszczenia do każdej części. Autorstwa Kubicy właśnie. Należą jej się słowa uznania za wykonaną robotę. Czy pani Kubica ma doświadczenie farmaceutyczne? Bo rozczytanie tych bazgrołów rzadko kiedy wydaje się możliwe... Pierwsza setka zatem w całości (oj, opornie), potem metodą: w skupieniu wstępy, resztę „po łebkach” i tylko (ponownie: no czemu, co mnie podkusiło?!) na ostatniej części – Zeszycie trobriańskim – skupiłam się w całości. Chryste! Toż to jakaś masakra była. Takie dylematy (E.R.M. jest jakby moją narzeczoną, ale chyba jeszcze czuję coś do N.S., muszę się z tą ostatnią rozmówić, napiszę jej list; ostry!; nie, nie mogę za ostro, bo biedaczka słabego zdrowia, no i wciąż ją chyba kocham; ach, N.S. jest taka wspaniała, ale nie, to E.R.M. będzie moją żoną; opanować popęd, skupić się na pracy; to już ostatni raz, kiedy macam jakąś krajową dziwkę (sic!) itd.) i takim językiem (pełnym anglicyzmów i innych barbaryzmów), to ja miałam/pisałam na początku mojego blogowania. Wstydzę się tego, nie polecam, proszę mi wierzyć na słowo i dlatego uważam, że ktoś mu zrobił niedźwiedzią przysługę, wydając te dzienniki. Jeśli z wykładów ze wspomnianego przedmiotu coś zapamiętałam, to to, że m.in. właśnie ten badacz/naukowiec/antropolog postulował wyzbycie się poczucia wyższości, a tymczasem... w Zeszycie trobriańskim czytam, że negry/niggry go denerwują, że są momenty (kilka[naście?]), gdy niggrów nienawidzi, że go „irytują wciąż nativy, zwłaszcza Ginger, którego by bił, ażby zdechł” (s. 638), że swołocz, że drjanie (dranie), a boye/boje służą mu do wachlowania, oświetlania drogi, rozkładania namiotu. Czy to nie jest aby przykład wyższości człowieka Zachodu nad „niższymi, podlejszymi rasami” vel „dzikusami”? Albo ja czegoś nie zrozumiałam z wykładanego przedmiotu, albo czepiam się (zbyt wielu) chwil słabości naukowca. Jest też dużo (za dużo) o fizjologii (np. o sraniu nad morzem – do pruderyjności mi daleko, ale wolałabym jednak takich passusów nie czytać, jakbym chciała, sięgnęłabym po literaturę kloaczną, a nie dzienniki „wybitnego naukowca”), bolączkach (febra to czy nie febra, a może tyfus albo inny trypr czy po prostu depresja), połamanej sztucznej szczęce, ale przede wszystkim o wieeeeeeeeele za dużo o libido i wątpliwościach sercowych. Do białej gorączki doprowadził mnie taki fragment: „Ładna i świetnie zbudowana dziewczyna idzie przede mną. Patrzę na grę mięśni na jej plecach, na jej kształty ogólne, jej nogi i piękno ciała, tak zakryte dla nas białych, oczarowuje mnie. Prawdopodobnie nawet u mojej własnej żony nie będę miał sposobności obserwować gry muskułów na plecach tak długo, jak u tego zwierzątka. Chwilami żal, że nie jestem dzikusem i nie mogę posiadać tej ślicznej dziwki”(s. 614). SIC, SIC, SIC. Nie wiem co bardziej wyprowadza mnie z nerw. Doktorze Freud? Ileż można się branzlować (na piśmie!) tym, kogo się kocha, z kim się ożenić i czy przelecieć jakąś „tubylkę”!?! Otóż długo można. Od listopada 1917 do czerwca 1918, konkretniej. Stanowczo za długo. Tym większym wytchnieniem jest kilka ostatnich wpisów, które nastąpiły po wiadomości o śmierci matki, co spowodowało załamanie, a tym samym koniec dylematów moralno-erotycznych. I tak jak od liceum nie znosiłam gościa, na hasło i peany nad nim wykrzywiałam się (tak naprawdę nie znając go, intuicja, huh?), a na studiach na UJ zaczęłam szanować, tak po lekturze tej książki bliżej mi do tej prymarnej, intuicyjnej oceny. Nie wiem czy sięgnę po którekolwiek z Dzieł zebranych. Staram się wyplenić z żywota mego zachowania autodestrukcyjne i masochistyczne zapędy, więc przypuszczam, że wątpię. Malinowski pozostanie dla mnie pretensjonalnym bufonem, dziwkarzem, mizoginem i karierowiczem. A rzecz powinna się nazywać „Dzienniki seksualnie sfrustrowanego emocjonalnego gówniarza”, a nie Dziennik w ścisłym znaczeniu tego wyrazu. Chyba jeszcze nigdy lektura tak mnie nie wkurwiła. Tylko Kapuściński ze swoimi mizoginistycznymi zapędami (w Lapidariach, nie pamiętam już w których, ale na pewno w więcej niż w jednym tomie i w Buszu po polsku) był blisko. Teraz ze spokojnym sumieniem wreszcie mogę zabrać się za nowego Szczygła (Zrób sobie raj). Są kolorowe (!) obrazki, to nie będzie źle (w myśl zasady „są cycki, jest główna”). ;) Tagi: książki, magisterka, mariusz szczygieł, ryszard kapuściński, bronisław malinowski umywalka 2010-10-21 03:12:01 skomentuj (10) 36/2010 Aaaaaaaaaa. Popier****** ich w tym Empiku. Nowy Szczygieł (Zrób sobie raj) w zeszłym tygodniu 36,99 zł (34,99 zł przy zamówieniu internetowym), dzisiaj 29,90 zł. Cały czas w przedsprzedaży. Tak wtedy, jak i teraz. Ciekawe, co za tydzień będzie - 19,99 zł?! Ale "lepszym" hitem jest cena drugiej pozycji, dawno wypatrzonej, wciąż nie kupionej. 19,24 zł last week, dzisiaj - uwaga! - 40,49 zł!! To wciąż ta sama, 146-stronicowa książka w miękkiej oprawie. Jeeeezu. W takiej (+/- 5 zł) cenie to Larssona (ojcu ostatniego brakuje, święta niebawem, nie?) jeden tom można kupić, a nie zbiór opowiadań, co do którego nie ma się pewności, czy jest czytania wart. I jeszcze wysyłają "w ciągu 30 dni". Po ch** mieć w ofercie coś, za czym trza jeździć i doliczać do ceny książki koszty poszukiwania?! Argh. Zagotowałam się. Zamówienie anulowałam. Złożyłam nowe, na Szczygła jeno. Empiku, naraziłeś mi się! A wszystko to ponieważ-albowiem-gdyż kryzys, panie, a magisterka nie napisana, nie obroniona, roboty ni ma, a jesień, jak to jesień, obrodziła albo co rusz obradza w must have books, których JAKOŚ w bibliotekach moich nie uświadczysz. Żydzę (vel kutwię) więc, ciskając gromy, gdy mnie chcą wyciulać. Zjem obiad, może mi przejdzie. Ten wkurw. Tagi: książki, biblioteka, empik, mariusz szczygieł umywalka 2010-10-11 19:58:30 skomentuj (2) 35/2010 Konotacje W piątek na Polonii Sukces Marka Bukowskiego. Po nim zapping i trafienie na TVP Info na 4. odcinek Ja, alkoholik Jacka Bławuta. W sobotę googlanie, skąd znam posągowo piękną Ewę Bukowską (Laura Ortega w Fali zbrodni, oczywiście!), i czy Ja, alkoholik nie dzieje się przypadkiem na Śląsku (lokalny patriotyzm). Nie, to Litzmannstadt. Więc sobota i kawałek niedzieli spędzona na oglądaniu tego dokumentu na stronach TVP. W międzyczasie Born dead (tu już lokalny patriotyzm byłby trafiony - główny bohater jest z Czechowic-Dziedzic, a wcześniej widziałam go w Jeszcze nie wieczór tego samego Bławuta). Po alkoholikach, czas na... narkomanów – how sweet, prawda? – z "Fortu 13" - Wolność jest darem Boga. Nie skończyłam oglądać, bo zaczęłam się zastanawiać, czy oni nadal tam "urzędują", wszak film z 2005 roku. Trafiłam na artykuły z 2008, mówiące o tym, że Belgowie wykupili pod apartamenty. Do końca 2010 miały stanąć. Mail do znajomej warszawianki z pytaniem, czy już stoją i dalsze googlanie, tym razem zdjęć kamienicy, gdyż wielbię tego typu kamienice nad wyraz, a ta, przynajmniej od strony podwórka, jest dziko podobna do będzińskiej, w której kiedyś mieszkała Marta. W efekcie, na kilka godzin wsiąknęłam na dwóch stronach ze zdjęciami. Wcale insze miałam plany na niedzielę... Od zawsze (? chyba tak, bo jeszcze dzieckiem będąc, gdy jeździliśmy [prawie] co niedziela do Gliwic, wgapiałam się w opuszczone hotele robotnicze (?) na Siemianowickiej w Bytomiu, dumając, jak fajnie byłoby tam wejść i pozwiedzać) fascynowały mnie opuszczone budynki. Spełnieniem marzeń byłaby wizyta w Czarnobylu, ale znając siebie, na oglądaniu zdjęć się skończy. Dobre i to, dość regularnie trafiam na pokłosie coraz to nowszych wypraw. Anyway... stare, odrapane, z łuszczącą się farbą, odpadającym tynkiem budynki, najlepiej z ocalałymi sprzętami, nadgryzionymi zębem czasu i naturą, przerdzewiałe, zbutwiałe, wyblakłe, zostawione, porzucone, okna (całe ściany okien!) w fabrykach, luksfery, klatki schodowe (wspinania się po schodach nie znoszę, ale umiem zachwycić się i docenić ich piękno), hale produkcyjne, hotele, szpitale, fabryki... wszystko to kręci mnie niewymownie, interesuje, mogę patrzeć godzinami, chłonąć i niemo się zachwycać. A kiedy coś (jak kamienice na Foksal 13 i 15) ma być remontowane, łapki same mi się rwą do, choćby, skrobania farby. Mogliby mnie zatrudniać na takich „budowach”, a ja zapierdalałabym, jak na mróweczkę przystało, jak... mróweczka, czując się przy tym jak demiurg (coś z niczego; dlatego tak lubię sprzątać). Ladies and Gentelman! Let me introduce You: Opuszczone miejsca - made in Poland (Róża Luksemburg!!!) i Abandoned places - coś, na czym chłopcy się wzorowali, a na pewno inspirowali; szczególnie polecam moje ulubione: 1 (i wszystkie następne na dole strony!), 2, 3, 4, 5 (i wszystkie następne), 6 (i następna strona). Się zaraz okaże, że ¾ to moje ulubione, więc stop. Polecam bardzo. Gratis, gdy ktoś ma dużo wolnego czasu, cierpliwości i lubi Warszawę: foto-gra(-ficzna gra) miejska Gdzie jest Bobik?. Tagi: filmy, zdjęcia, warszawa, hobby umywalka 2010-08-16 00:27:07 skomentuj (2) 34/2010 Kaszebe Dream Team Po trzech dniach w towarzystwie weselnym mam dziką chęć i parcie na wyprowadzkę. Tylko przekroczyłam próg domu, zrozumiałam, że wszystkie moje fobie, fobiątka, kompulsje, porządkowanie świata, układanie go, trzymanie się kolejności i pierdyliardy innych dziwact, to wynik zachowań mamuuuuni. To ona mi to (nieświadomie) robi. Dzwoni do mnie, mówi coś, a ja marzę o tym, żeby skończyła. Muszę się stąd wyprowadzić. Więc szybko pisać magisterkę, dostać pracę i coś wynająć. Nieważne gdzie, ważne, żeby jeszcze w tym roku. Wesele super (na luzie, z profesjonalną obsługą i uroczym wszystkoumiejącym kelnerem), ale jeszcze lepsza ekipa, z jaką jechałam. Łukasz, mąż Gośki, kierowcą idealnym jest i będę go chwalić pod niebiosa. Nigdy nie jechałam z nikim, kto byłby tak spokojny, ale dynamiczny, skupiony na drodze, grzeczny i uprzejmy na niej, bez zadęcia, samochód i pozycja na drodze nie stanowi o jego wartości, jeździ dynamicznie, ale jednocześnie spokojnie, to wszystko takie płynne, bez szarpania. No kierowca idealny, wzór! Jeździ lepiej od mojej matki (ostatnimi laty jakaś taka chaotyczna się zrobiła – to wiek?) i mojego brata (zanadto rzuca mną na zakrętach). W połączeniu ze mną w roli nawigatora, informatora (przydały się SMS-y z serwisu Weekend bez ofiar; taki serwis GDDKiA powinna prowadzić zawsze, a nie tylko od święta), zmieniacza płyt, ustawiacza radia stanowiliśmy bardzo zgrany tandem. Wspominać te trzy dni będę z rozrzewnieniem, z nadzieją, że jeszcze kiedyś uda nam się w szóstkę z domku bez prądu spotkać w tak przyjaznych okolicznościach przyrody. A teraz do pracy (magisterskiej), bo jak nie zdążę, to tu utknę na wieczność! PS Włocławek ma najbardziej koślawe drogi; w Łodzi i przed Zgierzem to korki są chyba zawsze i całodobowo (raz tylko nocą, 2 lata temu, nie było); największa kawa na Statoil; najlepsze zapiekanki też tam; najfajniejszy kibel – z ćwierkającymi ptaszkami – w Częstochowie, bodaj na BP (na północ jadąc). PS 2 I jeszcze Pablopavo mi po tej podróży został. W piątek nie do końca przypasował (estetyka nie do końca moja), w niedzielę już łyknęłam w całości. Oraz Florence and the Machine. PS 3 Ahaaaaa! W piątek osiągnęłam rozszczepienie ciała vel teleportację. Na Śląsku lało, na Kaszubach był piękny wieczór, na Śląsku był OFF i koncert Lenny'ego Valentino, na Kaszubach byłam ja, pod gwiazdami, przy płocie, z piwem i fajami, w towarzystwie zajebistych ludzi i... słuchałam koncertu LV. Najpierw za pośrednictwem połączenia z Urszulką (składnia rodem z PRL-u, brawo!), potem dzięki włączeniu radia. God bless you, Trójko, za transmisję. Czyż to nie cudowne, być w dwóch miejscach naraz?! Hell yeah! Tagi: muzyka, ślub, katowice, kaszuby, magisterka, off festival umywalka 2010-08-09 14:39:19 skomentuj (1) 33/2010 Między młotem a kowadłem OFF, na którym Lenny Valentino, Archie Bronson's Outfit, Lao Che, Baaba, Mitch and Mitch..., Lali Puna, 19 Wiosen, Kryzys, Kucz/Kulka i pincet innych zespołów, których nie znam, a które mogą okazać się perełkami na miarę Electrelane czy The Low Frequency In Stereo (OFF 2007), no i w ogóle cała atmo OFF-a – te nocne powroty, z Trójką w samochodzie, gdzie Gacek się produkuje (i wkurwia) i podtrzymuje, przedłuża nastrój, to uduchowienie (?), ta wyjątkowość tych kilkunastu godzin, ten deszcz (bo jak ja jestem, musi lać), wertowanie programu, dreptanie od sceny do sceny, no ach. No i odległość – już nie Myslo, teraz Kato! Ale choćby to był Wrocław (pomijając fakt, że to nie byłoby to samo – OFF nie może wyjść poza Śląsk, Górny Śląsk!), to i tak nie są te zasrane Kaszuby!... czy ślub Martusi z Antonim na Kaszubach?! Ślub, wesele, na które cieszyłam się jeszcze jakiś miesiąc temu. Odżałowawszy OFF-a (co Marta podziela!!) i wyparłszy go z pamięci, cieszyłam się, że poznam nowych ludzi, a przynajmniej chwilę wśród nowych gąb (gęb) pobędę, ze starymi znajomymi spotkam, wódeczki czy tam czego innego beztrosko napiję, pośmieję (przedsmak tego miałam na urodzinach Marty), i nawet perspektywa spania w drewnianym domku, na „pryczy”, pod (tudzież we) własnym śpiworem (śpiworze) mnie nie przerażała (domek w hierarchii stoi wyżej od namiotu, niżej od agroturystyki, która miała być zastępstwem hotelu, którego gromko i kategorycznie dopominałam się na początku... no, widać jak bardzo kategorycznie). Teraz zaś, gdy nie wiem czym, kurwa, tam dojadę (tzn. wiem, że autem, autem Łukasza i Gośki, z Boską i mną w roli pasażera, ale nie wiem, co to za auto – Gośka zbywa mnie odpowiedziami typu: - Syrena 105!, - Tak, prawie zgadłaś, to cinquecento), nie wiem za ile (- Nie wiem, stary mój musi to policzyć), w tempie pewnie zawrotnym (ślub w sobotę o 13:00, wyjechać ze Śląska mamy w piątek rano – great idea! Będziemy popierdalać, żeby zdążyć dojechać i jeszcze odpocząć, a w piątek na pewno nie będzie dużego ruchu... Żeby było bardziej ironicznie – to weekend Narodowego Eksperymentu Bezpieczeństwa pt. „Weekend bez ofiar”, a ja nie mam pojęcia, jakim kierowcą jest Łukasz od Gośki), to całe to grupowe jechanie, kąpanie, spanie itd. przestało mi się podobać. Ja muszę wiedzieć, muszę się z tym oswoić! Takie mam natręctwa, fobie, nie mogę ot tak! Czasy spontanu już minęły i nie wrócą, a jeśli wrócą, to nie w tak ważkiej dziedzinie jak „jak dojechać cało z Silesii na Kaszebe?”. Więc obawy wynikające z niewiedzy i długości podróży versus to, że to Martusia. Psiapsióła od czasów liceum, jedna z trzech w ogóle i co, miałabym ot tak odpuścić? Nie jestem jakąś fanką ślubów, ale to prawdopodobnie jeden z ostatnich, jeśli nie ostatni ślub z weselem, w jakim będę uczestniczyć i w jakim mogę uczestniczyć z jako taką radością. No i coooooooo ja mam zrobiiiiiiiić?! Chcę na OFF-a, i nie chcę zawieść Marty; nie chce mi się jechać na te Kaszubiska, zwłaszcza gdy Kato tak blisko; nie chcę jej zawieść, ale nie chcę też robić czegoś wbrew sobie (a przynajmniej na razie takie mam nastawienie do tej formy transportu. Żeby nie było, do PKP też mi niespieszno – z innych powodów, każdy może sobie dopisać własne, na pewno będą pasowały). Z poważaniem Antygona, rozważna i rozdata jako ta sosna A może zamiast drzeć szaty, siedzieć na dupie i w końcu przestać czytać, a wreszcie zacząć pisać tę !@#$%^&* magisterkę!?!?! Gdyż niepostrzeżenie 30 lipca minął (serio, gdzieś mi znienacka „umknął” tydzień i setnie się dziś zdziwiłam, że oto 30, a nie 23 lipca mamy), a pracę do 30 września gotową (G-O-T-O-W-Ą) muszę złożyć w sekretariacie. Hę? Tagi: muzyka, ślub, katowice, kaszuby, off festival umywalka 2010-07-31 01:10:30 skomentuj (2) 32/2010 Dzień zaczęłam od Tuż po weselu - mocna rzecz. Scena po przyjęciu, gdy Jorgen wreszcie pozwala sobie na słabość - aż się skuliłam na fotelu. Bardzo polecam, choć uprzedzam, nie jest to coś "letniego". No i Mads Mikkelsen. Mmmm, tak bardzo nie wygląda (jak dla mnie, bo od kiedy mam aparat, drażnią mnie ludzie z ewidentnymi wadami zgryzu), ale jest tak dobry aktorsko, że aż piękny. W kolejce do obejrzenia czekają Bracia. Ale mimo dość ciężkiego początku, nastrój dnia buduje (a co ważniejsze, poprawia) Marika (zwłaszcza płytą/ami - Put Your Shoes On/Off). Odkryta przypadkiem - w Roxy FM zagrali Filifionkę (Octave Remix) i cały dzień to za mną łazi. Teksty takie, że Spięty by się nie powstydził. Bardzo zdolne dziewczę! Tagi: muzyka, filmy, marika, bracia, tuż po weselu, mads mikkelsen, put your shoes on, put your shoes off, filifionka umywalka 2010-07-01 19:49:13 skomentuj (0) 31/2010 Emocjonarium W ciągu jednego dnia, wieczora i kawałka nocy (nad Hutą K-ce zaczyna się przejaśniać - uwielbiam kominy na pomarańczowo-różowo-żółtym tle świtających chmur) przeżyłam tyle emocji, że ostatni raz tak mną targało chyba na początku i końcu psychoterapii. Spokój (względny), strach, podeksytowanie, napięcie, poddenerwowanie, radość, szczęście, uczucie, że jest mi dobrze (tak po prostu), porzucenie, smutek, nostalgia, niepewność, zaskoczenie, nadzieja, sprzeczność z moją wizją świata, moralnością, podniecenie, pożądanie, ekscytacja, złość, wściekłość, sprzeczność we mnie, poczucie, że coś tracę, a za wszelką cenę chciałabym to jednak dostać, niedowartościowanie, niepewność, wstyd, uczucie, że robię coś wbrew sobie, ulga, że jednak ten świat nie do końca jest taki zgniły, radość, rozczarowanie, ale z poczuciem, że moja "krzywda" przysłuży się do czegoś lepszego, duma i wreszcie (tu już z innego powodu) ogromne: zaskoczenie, radość, duma. Tyle rzeczy, w ciągu jednego dnia i to wszystko w (nie) takim (znowu) małym ciele, z powodu dwóch facetów (z których jednego trochę znam, drugiego znam tylko z twórczości, bardzo chciałabym poznać osobiście, prywatnie)! Czuję, że prędko nie zasnę. I wnioski z dziś. Pierwszy, wypływający z wcześniejszego mojego postępowania - zupełnie inna forma kontaktów z panem R., wyznaczenie granic, chłodniejsze podejście, dziś zaowocowało taką dumą, że osz ja cię. On do mnie z szacunkiem, ja do siebie z jeszcze większym! Jak jemu umiałam się postawić (i to nie pierwszy raz), to i z całą resztą się uda! Byle konsekwentnie. I pomyśleć, że to on przepełnił czarę goryczy, to dzięki niemu trafiłam na psychoty, to przez niego zachowywałam się tak idiotycznie. Drugi: jednak pierwszy odruch był właściwszy. Zabrzmi prozaicznie i tandentnie, ale zapamiętaj sobie, Oleńko: choćbyś miała nie zaznać rozkoszy ciała (a nie wiem jak bardzo tego chciała), to jednak warto korzystać z wiedzy, którą nabyłaś prawie dekadę temu oraz doświadczeń wyniesionych z domu. Nie zaprzedawaj swoich przekonań dla chwili (być może szalenie miłej, budującej, rozwijającej, ale chwili tylko) fizyczności. Zwłaszcza, kosztem niczego nieświadomych osób trzecich. Bądź mądrzejsza, silniejsza, ponad to, obiecałaś sobie kiedyś, że nigdy więcej, wiesz, jak to boli z drugiej strony, na dłuższą metę tak naprawdę do niczego nie prowadzi, nie daj się omamić, choćby nie wiem jak obiecująco się zapowiadało. Hedonizm hedonizmem, ale prawo moralne we mnie. ;) Zabrzmiało co najmniej jak z Biblii, ale taki lajf, taką mam na dziś refleksję. Po raz kolejny stwierdzam, że bez zeszłorocznej psychoterapii byłabym kimś (zupełnie) innym. A teraz poodaję się rozmyślaniom w pozycji horyzontalnej, bo przecież nie zasnę. Tagi: psychoterapia, emocje umywalka 2010-06-29 03:42:06 skomentuj (0) |
archiwalia bazylek ego_pl gadugadu czyli rozmowy ilustrowane heliogabal igorek pojawia się i znika maryjan jest piękny aj low maryjan! rumburak's foto wawrzyniec prusky a ael b Беларусь by Sergiusz c d dEvilina reinkarnacja xiondza bishopa djaevul wielebny i prze-kurwa-zacny Ojciec Dyrektor e elka ebo f g gejowski h i j jest zajebiście if u say so... k l z Silesii do...? czy tym razem popisze dłużej? luna ł m myje gary n nudne pocztówki o p peep podaj to, co najlepsze r rasko s spoza środowiska szafirowy senq seboo t teresa od ge trzask-prask u w&v z&x xell zimno |
